Święty niepojęty gada jak najęty, więc na nudę swą i niedolę życia czytaj mój blog aż do zapicia.
RSS
sobota, 18 lutego 2012
Uszy do góry kolego ponury.

 

Przechadzając się, dłuższy czas temu, po legnickich włościach moja uwagę zwróciła starsza kobicina o zgarbionej postawie oraz biednym, nieporadnym wyglądzie (jakby wygląd mógł być nieporadny). Szła bardzo powoli, a raczej sunęła na swych wątłych szkitkach z wielkim mozołem, niosąc w dłoni płócienną torbę z zakupami. Widok taki z daleka wzbudza czysty odruch troski i współczucia, a także myśl jakim Herkulesem musi być stary człowiek. W największe atoli osłupienie wprawił mnie napis na owej płóciennej torbie, który stał się widoczny, gdy starobabina doczłapała się w moje okolice, kiedym stał czekając na zielone światło. Był to napis „USZY DO GÓRY”.
Patrząc na takich podwójnych Herkulesów człowiek przestaje patrzeć na starość z bojaźnią, jak i na teraźniejszość z utyskiwaniem.

 

11:20, swiety_niepojety
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 listopada 2010
Nie-krzyż.

Nie ukrywam, że nie mam w zwyczaju pisania o współcześnie dziejących się duperelach w państwie i na świecie, ale w stopniu istotnym „spór krzyżowy” ma fundamentalny wpływ na refleksję dotyczącą godności człowieka, a przynajmniej taki mieć powinien, co stanowi w sposób subtelny przyczynek dla mych rozważań. W przeciwieństwie do „taśm prawdy”, „nieprawdy świadków”, afer gruntowo, hazardowo, starachowicko, węglowo, bzdurowo partackiej, ów spór zamieszany jest w specyficzną, acz dość symptomatyczną naturę sporów ideologicznych fundamentalistów. Wielość głosów, opinii, ocen jest podzielona w tej kwestii na podobieństwo rozczłonkowania dzielnicowego w Niemczech. Ta mnogość  jest w stopniu zrozumiałym podyktowana wpływem systemu przekonań (własnych lub niewłasnych), względnie jego braku. Żeby w sposób rozsądny zatrzymać się w tym miejscu, nakreślić warto tło historyczne dzisiejszego efektu.

W kwiecie pory wiosennej samolot z ogólnopaństwowym pryncypałem Państwa Polskiego, wraz ze swą świtą i szalenie ważnymi współtowarzyszącymi gośćmi na pokładzie, rozbił się podczas lotu na uroczystości katyńskie.
Pierwsza refleksja – tragedia!
Druga – a może to zamach?
Trzecia – cóż za historyczno-dziejowy niefart w stopniu mało pojętym.
Czwarta – z pewnością zamach.
Piąta – współczucie i żal, wraz z poczuciem niewidocznej, acz silnej wspólnoty narodu i narodów.
Szósta - odmawianie innym legitymacji do szczerej zadumy.
Siódma – umoralniajmy siebie i innych, a wszystko spięte klamrą żałobnego popiołu.
Ósma – z jednej umacnianie ponadczłowieczego mitu ofiar, z drugiej kontestacja tegoż.
Dziewiąta – krzyż upamiętniający tragedię, a nawet nie sam on, a spór o niego jest symbolem ideologicznych fanatyków prawicowo-katolickich, a z drugiej fanatyków antykatolickich.

Postawiony przez harcerzy Krzyż, w miejscu symbolicznym, jest czymś w kulturze polskiej zrozumiałym – ot chociażby po wypadku drogowym pojawiają się znicze, które po pewnym czasie zostają usunięte, a w miejsce prowizorycznej symboliki postawiona bardziej trwała. W odniesieniu do krzyża sprzed pałacu do czynienia mieliśmy z analogiczna sytuacją o zmodyfikowanej strukturze, której istotą była konfrontacja dwu fanatycznych grup. Fanatycznych z tego względu, że jedna dążyła nieugięcie do permanentności symboliki w tym miejscu, a druga do realizacji ponadnaturalnej potrzeby usunięcia tejże. Obie strony w odniesieniu do krzyża nie wykazywały żadnej znajomości jego kulturowego znaczenia, o czym świadczą poniższe opisy zachowań.

Obrońca zwiąc siebie obrońcą wiary, w sposób niegodny dla siebie, dla innych oraz dla wartości, którym w deklaracji hołdował, czynił zadość wartościom odwrotnym, brutalizując i wulgaryzując dialog. Skonfliktowanie się z osobami o odmiennej racji, z Państwem oraz z macierzystym Kościołem świadczy już w naddatku o fundamentalizmie struktur protestujących, którym pęd nadaje polityczny prymat, a nie własne przekonania. Tkwienie we wrogim uporze, uporu wrogości jakoby nie koresponduje z imperatywem katolickiej pokory.

Druga strona barykady obsiana przez inteligętną lożę ateistycznych szyderców, którzy widząc bezreflekcyjną postawę obrońców, wdają się w dysputy z rozemocjonowanym tłumem, stając się tym samym bytem o podobnej strukturze co grupa pierwsza. Ateizm w swym założeniu jest religią, wg której istnieje silna wiara w nieistnienie Boga. Skoro więc nie istnieje, to po cóż angażować się w spory, które ideologicznie nie zmieniają w zupełności ateistycznego punktu widzenia? I ten motyw wskazuje na abstrahowanie od argumentów merytorycznych na rzecz sportu – kłótni.

Pochodną stał się polityczno społeczny ferment odpychający ludzi od zdroworozsądkowego złotego środka, w kierunku wartości krańcowych, które w swej istocie nie należą do „wybitnie społecznych”.

Adekwatnym staje się tutaj fragment piosenki mości Kaczmarskiego według którego:

„Uczciwość - sławi przeniewierca
O spokój apeluje furiat
O dietę z warzyw - ludożerca.
Żądają reguł gry - szulerzy
Głosują śmierć - obrońcy życia
Do wiary wzywa - kto nie wierzy.”

Nawoływanie warcholstwem do poszanowania kultury, krzykiem do ciszy, pychą do pokory, pachnie deczko schizofreniczną zasadą prerogatywności. Następuje wzajemna deprecjacja wartości religijnych i ateistycznych, w myśl nieuzasadnionej nienawiści wobec człowieczej natury do własnej przynależności ideologicznej. Niezależnie od poglądów doktrynalnych, zorientowania politycznego, światopoglądu religijnego, elementem najistotniejszym jest poszanowanie człowieka i jego przekonań, bez względu na stopień nieutożsamiania się z nim lub nimi - do czego w swym skromnym blogu słowa nawoływania przekazuje autor.

04:02, swiety_niepojety
Link Komentarze (1) »
czwartek, 16 września 2010
Notka ekspiacyjna.

Szanowni Czytelnicy, jako że jesteście moimi gośćmi, w zakresie uczestniczenia w zaczytywaniu się moimi rozważaniami na irrelewantnym blogu, w etycznym się czuję zobowiązaniu do wyrażenia ubolewania nad moim birbancko nonszalanckim podejściem co do częstotliwości dokonywania nań ostatnimi czasy wpisów. Minione miesiące zdawać się mogły w moich realiach swoistą próbą reperowania własnego ego, połączoną z kontrmanifestem marastycznego tkwienia w eremie. Powstała zatem niewielka, acz gęsta zawiesina rzeczywistości, która zazębiając wzajem swe misterne elementy doprowadzała mnie do stanu (bez)refleksyjnego amoku, w związku z którym zatracić można było (i tak się zapewne stało) część ambicjonalnego szału na wzór tych z mickiewiczowskich wierszyków.
Seneka wszak mawiał by trudnościach odwoływać się do rozumu, co pomimo skuteczności efektu, sprawia, że proces pośredni bywać może uciążliwie powolny w swym wzroście.
Z zakrojonej powyżej, lakonicznie konstrukcji schematu wyłania się obraz rekonwalescenta, którego terapeutyczna przygoda z wierzgającym zbiegiem losu i osobowości dobiegła do względnego finiszu.
Ja jako byt naznaczony cechą niewielkiej omylności pragnę zaznaczyć, że powyższa notka nie jest symptomem przyznania się bo błędu niepisania, a jedynie stanowi ekspiacyjną konstatację dotyczącą wołającej u Państwa tęsknoty do moich rozważań.

Z serca wszystkim podziękowania składać pragnę.

16:32, swiety_niepojety
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Włajaż, włajaż.

Okres letnio wakacyjny, to czas kiedy aura sprzyja czynieniu zadość realizacji własnych podróżniczych projekcji. Przy odrobinie pierwiastka organizacyjnego i skrupulatności budżetowej, w potencji każdego jest udanie się w atrakcyjny multimiejsowy wojaż. Wszelkie pekaesy, pekape, busy i busiki umożliwiają intrygujące oferty komunikacyjne (nie, żebym robił tu reklamę, tyle tylko, że komunikacja komunalna dostarcza większych wrażeń społecznych). Nawet ze znienawidzonego elementu podróżowania, jakim jest oczekiwanie na przyjazd można uczynić bogaty element atrakcji, graniczący niekiedy z brawurową pasją.

Przysłuchiwając się zatem rozmowom dworcowym zasłyszeć można, z wielkim zafrapowaniem, rozmowy przypadkowo spotkanych osób, które mają nierzadko zdolność do wprawiania w solidną konfuzję. Możliwe, że ujawnia się w tym momencie agenturalna cecha podsłuchiwania, tym niemniej uznaję, że jeśli w podsłuch nie wkłada się żadnego zaangażowania, prócz skrzętnej uwagi, czuć się można usprawiedliwionym należycie. Poza tym moje pokolenie ponoć skażone jest ubeckimi naleciałościami z minionej epoki realnego socjalizmu. Ergo – mam usprawiedliwienie podwójnego kalibu.
I tak swego czasu, przesiadywając w kawiarence kawiarnianej w mieście X, zasłuchałem się w  deliberacjach nastoletnich niewiast i pani nauczycielki na temat niebywale unikatowych zastosowań kuchenki mikrofalowej. Wymiana doświadczeń co do tego co można podgrzać w mikrofali przybrała dość euforyczny, nie ukrywając, kształt. Prawdę mówiąc (z naciskiem na mówiąc) myślałem, że mikrofalowe debaty zostały zakończone tuż po tym jak owa kuchenka została spopularyzowana, a tu proszę, zostałem wyprowadzony z tego wadliwego mniemania. Zdumienie i fascynacja możliwością podgrzania mleka i robienia ciepłych kanapeczek z dodatkami stanowiły dominującą tendencję u tych dwudziestopierwszowiecznych ludzi. Możliwe, że to ja jestem taki zgrzybiały i nie doceniam świata i jego drobnych smaczków. Od jutra zaczynam nadrabiać zaległości i będę się podniecał wynalezieniem oszczepu do zabijania dzikiej zwierzyny przez ludzi pierwotnych. Kolejne wątki młodych niewiast dotyczące motywów spożywania sycących potraw i kiermaszu rzodkiewek pozwolę sobie arbitralnie pominąć.

Wziąłem swe manatki, wsiadłem w pociąg, poczem zająwszy miejsce doszły do mnie przenikliwe głosy rozmów dwóch kolejnych niewiast w wieku podwójnie balzakowskim (jakaś taka kobieca przypadłość głośnych rozmów i plociuchowania).
Jedna z nich z przerysowanym pietyzmem opowiadała o tym jak niesforny jest wnuczek ciotki brata stryjenki – wdowy po majorze, jak okazyjnie kupiła kwiaty na cmentarz, a następnie z niebywałą lekkością rozpoczęła opowieść o pieczołowicie dopracowanym, enumeratywnym katalogu chorób własnych, który zawsze może się wszak poszerzyć. Jednak w największe osłupienie, i mówię to z całą stanowczością, wprawiła mnie końcowa sentencja jednej z tych pań:„Widzisz Jadziu, bo ja mam cukrzycę, refluks, jaskrę, rwę kulszową, problemy z panewką stawową, nadciśnienie, jestem po trzech zawałach, operacji kolana i biodra. A Ty jakie masz choroby?”.

 

Wszyscy mają Mambę, mam i ja.

11:44, swiety_niepojety
Link Dodaj komentarz »
Wybór wyboru, a nie wybory wyboru.

W okresie intensywnej i nadmiernie upierdliwej propagandy politycznej, związanej z wyborem ogólnopaństwowego pryncypała, zauważyć można, skądinąd słuszną tendencję, do wzmagania ilości, acz nie jakości, quasi politycznych debat publicznych. I tak zaczytywając się prasowymi wypocinami doszedłem swym niezbyt przenikliwym okiem do wywiadu z jakimś nauczycielem licealnym, który próbując się wprawić w merytorycznego opiniotwórczego specjalistę, zaznaczył w swej opinii, że w wyborach należy głosować, ponieważ nieskorzystanie z przysługującego prawa jest głupotą. O ile zgodzić się można z przesłaniem, o tyle z argumentacją troszkę jakby nie bardzo.
Konstytucja stanowiąc o prawie wyborczym, przyznaje każdemu obywatelowi, w granicach cenzusu i braku ograniczeń, prawo do wyboru pryncypała elekta. Uświadamiając sobie, jako że z samej natury uprawnienia do działania wynika wolność decyzyjna, oczywistością staje się fakt, że konstytucja przyznaje, a contrario, również prawo do niegłosowania w wyborach. Idąc zatem tropem pana nauczyciela eksperta stwierdzam, że ci którzy głosowali, również są głupcami, jako że nie skorzystali ze swojego prawa do niegłosowania.

Konstytucja przyznaje również prawo do głupoty, lecz uprasza się mości opiniodawców o nienadużywanie tego prawa.

 

10:47, swiety_niepojety
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 lutego 2010
Gdzie Mostostal, gdy potrzebny?

Jadąc pewnego razu mechanicznym pojazdem komunikacji publicznej znalazłem w kieszonce  fotelu porzuconą gazetę. Res nullus  - pomyślałem – i choć zamiaru zabrania jej nie miałem, to jednak przejrzeć zawsze można. Od razu zaciekawiło mnie, że była to lokalna gazeta wydawana w okolicach Lublina, co już stanowiło pewien orientalny afrodyzjak dla mieszkańca centralnej Polski. Tygodnik wzorowany na tradycyjnym dzienniku z takim fajniutkim szeleszczącym papierem. Artykuły i felietony – o ile można by tak nazwać te gazetowe wypociny - zaskakiwały swoim głębokim znaczeniem (sic). Bez skrępowania ani kompleksów mogę powiedzieć, że jeden z nich zaintrygował mnie to tego stopnia, że stał się nawet swoistą inspiracją dla mnie, czego jednym z wyrazów jest właśnie niniejsza notka. W tym artykule autor swym przenikliwym umysłem rozważał na temat, zdawać by się mogło, banalny, jednak kunszt pisarski, urok słowa i fascynujące podejście do wszechrzeczy doprowadzały do ekstatycznej euforii graniczącej ze stanem symptomatycznego absurdu . A pisał ów Waść o zerwanej kładce na jednej z miejscowych rzek o szerokości około metra oraz o wyznaczonym trzydziestokilometrowym objeździe. I tutaj zaczyna się prawdziwa jazda bez siodła. Zniszczona kładka i uciążliwy objazd  staje się powodem, jak stwierdza, wielu społeczno-emocjonalno-intelektualnych tragedii, przybierających postać mitycznego fatum.

Pochodną zerwanego mostu, jak pisze, jest brak możliwości dokształcania się obfitej ilości dziatwy w lokalnej podstawówce. Wśród mieszkańców natomiast wsi nastąpi regres w kontaktach towarzyskich. Rozumiem, że szkopuł tkwi w niemożności wymiany informacji czyli plotek, bo przecież krzycząc na drugą stronę rzeki do zioma, reszta mogłaby zasłyszeć. W dalszej kolejności podkreśla sekwencję implikacji: brak wspomnianych kontaktów stanie się powodem zamykania się ludzi w domach i przyklejania się do telewizyjnych rozkoszy programowych, co w rezultacie stanie się przyczyną zwyrodnień, nerwic i innych chorób, co znów zaowocuje koniecznością wystawienia przez miejscowy komisariat dodatkowego kordonu policji, z uwagi na wzrost zagrożenia spowodowanego frustracją znerwicowanych obywateli.

Nie można, jak wiadomo, zapomnieć o arcyistotnym elemencie życia, jaki stanowią wzniosłe uczucia, a więc i one zostają brutalnie potraktowane przez brak konstrukcji pozwalającej pokonać wodną przeszkodę. Jako, że Józio do swej Marysieńki na schadzki zajść nie może, wniosek prosty – nastąpi degradacja tak pięknego uczucia jak miłość. Gdyby jednak ów szaleńczo zakochany młodzieniec, chcąc do swej dziewki ukradkiem doskoczyć, niefortunnie upadł i byłby zatonął, tragedia byłaby niepomierna dla społecznej świadomości i serca Marysieńki. Po prezentacji tegoż związku przyczynowego, przy realizacji wspomnianych przezeń wydarzeń następuje „sformułowanie konstatacji”: miejscowy proboszcz już zapłakuje się, że zamiast ślubu młodych, chrztu dziecka, będzie musiał zorganizować pogrzeb. Na zakończenie, niczym w formie epitafium, następuje rozpaczliwa apostrofa do wójta podlubelskiej gminy: czy pan może sobie to wyobrazić, co spowoduje brak mostu?

 

Co dzień daję na mszę, by móc mieć choćby zamysł takiego zmysłu profetycznego!

20:26, swiety_niepojety
Link Komentarze (3) »
wtorek, 19 stycznia 2010
Zdrowe nie znaczy poprawne.

Miłościwi czytelnicy. Z wielką rozkoszą donieść pragnę, o fakcie, który dotyczy mnie bezpośrednio oraz uświadomił mi, że dotyczy on również Państwa.

Zaczytywając się ostatnio w zagadnieniach językowych, a szczególnie w kwestiach błędów i wypaczeń wypowiedzi pisanej po to, by jak każdy przyzwoity człowiek dołożyć należytej staranności do własnego rozwoju, napotkałem na ciekawą stronę. Stronę prowadzoną przez pewnego mości księdza językoznawcę, którego celem była stosowna intelektualna iluminacja wszystkich czytających. I tym oto sposobem autor waszego ulubionego blogu został namaszczony darem świadomości co do poważnego błędu jakiego dokonuje. Okazało się bowiem, że według mości księdza językoznawcy pisanie tekstu językiem pseudonaukowym, językiem trudnym, o zbyt dużej ilości trudnych słów i złożonej konstrukcji zdaniowej stanowi kardynalny błąd pisarski. Zatem z przyjemnością oświadczam państwu, że jako autor niniejszych rozważań z dziką satysfakcją kontynuował będę językowy charakter blogu, a tym samym skazuję siebie i państwa na tkwienie w zaczytywaniu się tekstem o znamionach tekstu wadliwego.

Z serca wszystkich pozdrawiam! :-)

12:14, swiety_niepojety
Link Komentarze (3) »
"Intelektóalista".

Kim jest intelektualista?, zapytał kiedyś młody chłopiec swego ojca. Ten natomiast bez pardonu odrzekł, że jest to człowiek, który jest bardzo mądry i że każdy powinien taki być.

Siedziałem, słuchałem i myślałem. Już od małego wpaja się dzieciom, że intelektualista jest kimś, kto jest szalenie pozytywny, jest kimś, kim każdy powinien być, jak gdyby przyjmował on formę pewnego mistycznego celu, superbohatera, który staje  się obiektem ambicji każdego człowieka.

Siedziałem, myślałem, i ubolewałem nad tym stanem. Intelektualista jest bowiem tylko tym kto nauczył się kilku nazw rzek w Europie, wie kim był Walentynian I i zna proces działania acetylocholinesterazy. Ale co poza tym? Bycie intelektualistą nie świadczy o tym, czy człowiek posiada status człowieka dobrego, nie świadczy o tym czy jest to człowiek, pogodny, zaradny i wspaniałomyślny. Powiem więcej, często intelektualista – patrząc stereotypowo – to cherlawy wymoczek, który nie potrafi zrozumieć prostego schematu, a rąbanie drewna jest dla niego pracą, o której naczytał się w książkach opisujących życie w gułagach względnie łagrach. To osoba, która „przepłynęła” Potop wzdłuż i wszerz, wie komu bije dzwon i ma świadomość istoty barokowej przemijalności. Tylko czy to zapewnia sukces w życiu, o który tak bardzo wszyscy zabiegamy?

Ja przyjmując natenczas rolę wyimaginowanego demiurga stwarzam rzeczywistość, w której wspomnianego wcześniej intelektualistę wkładam do rodziny – do domu z żoną względnie mężem, z dziećmi i nie daj Boże z resztą krewnych. O ile intelektualista spełniać się może zagłębiając w kolejne tomy korpulentnych tomów książek i chadzać na kolejne wystawy i wernisaże, o tyle zastanawiające jest to jakim cudem będzie on  w stanie przewinąć dziecko, zaspokoić emocjonalne potrzeby współmałżonka i zadbać o dzierżenie statusu pater familia. Jakby nie patrzeć taka funkcja wymaga silnego charakteru czy tak to mawia się w wulgarnych amerykańskich filmach – potrzeba „jaj”!

Gdy twoja partnerka/partner powie do ciebie „wiesz, chłodno tu, pomimo lipca” to co odpowiesz? Zaczniesz nawijać o paradoksach fizyki, specyfice frontów meteorologicznych, zawirowaniach hormonalnych, czy też o grubej przędzy wełnianej? Czy twoja rozmowa nie będzie wówczas przypominała rozmowy małżeństwa jak u Szymborskiej na wieży Babel?

Sam intelekt jest jedynie pułapką, jest iluzoryczna wizją, która stając się celem ambicji młodego człowieka wpędza go jedynie w schemat swojego ograniczonego świata. Może czasem zamiast czytania kolejnego tomu encyklopedii PWN warto popatrzeć sobie wzajem w oczy i po prostu pobyć z sobą, by uniknąć sytuacji, w której po godzinnej peroracji na temat tego jak bardzo ta druga strona się myli w swym poglądzie, usłyszeć w zamian zdanie „może zamiast próbować kłócić się ze mną, po prostu byś się uśmiechnął”?

 

 

12:10, swiety_niepojety
Link Komentarze (1) »
wtorek, 29 grudnia 2009
O świątecznej rzecz istocie.


Dokonując rozważań dotyczących świąt Bożego Narodzenia oraz standardowego podejścia społeczności do nich, nie ukrywam, że popaść można w swoisty stan histerycznej schizofrenii. Z całą stanowczością zaznaczam, ze nie jest to również żaden synkretyzm ludzkiego humanizmu, a jak zwykle twór bezrefleksyjnej refleksji. Proszę wybaczyć, że wniosek rozważań podałem na samym początku, ale tak jakoś zamysł nienapisania tego teraz był słabszy od woli palców.
Święta Bożego Narodzenia zdradzają nam swoją istotę już w samej nazwie, gdyby ktoś łaskawie swym sokolim wzrokiem nie zdążył zauważyć. Pomimo, że fakt ten jest banalną oczywistością, to masową manierą ludzkiej świadomości jest zapominanie o tym. Nie jest przecież nowiną, że oczywistości częstokroć ulatują z umysłu najszybciej lecz czy jest to powód do wykazywania się nieakceptowalną ignorancją?

Wcielając się w postronnego obserwatora dostrzec można prosty schemat całokształtu Bożego Narodzenia oraz przemian, które następują, zdawać by się mogło naturalną koleją rzeczy.
W lichej stajni, najprawdopodobniej w okolicach Bliskiego Wschodu rodzi się od dawna zapowiadany noworodek z kobiety dziewicy, który ma pokazać człowiekowi to i owo – jak żyć na ziemi. Stąd wszyscy radować się winni, że otrzymali pax hominibus bonae voluntatis.
Współcześnie jednak mamy plagę abstrahowania w zupełności od religijnej konotacji, niezależnie od tego czy abstrahujący wierzy lub nie oraz czy wydarzenie ma charakter sakralny w ścisłym rozumieniu. Ba! nawet wszelka idea staje się zbędnym balastem.

Przez wzgląd na to „człowiek dorosły” nie widząc głębi nie tylko świątecznego, ale i każdego wydarzenia, stara się podtrzymywać te elementy, które dawały mu radość w dzieciństwie. W efekcie do optymalnego przeżycia B.Ż. potrzebujemy śniegu, obfitej choinki, grubego skrzata z Laponii i renifera, światełek, upominków i ściśle wyselekcjonowanego jedzenia. Jak wiadomo im więcej ma się wymagań, przy założeniu, że wszystkie muszą być w koniunkcji spełnione, tym łatwiej  o rozżalenie, że wszystko poszło nie tak.

Ludzie mający nieco więcej oleju w głowie, ale też bez jakichś obfitości, dostrzegają ten paradoks zamykania się w ograniczeniach dziecięcych potrzeb. Powstaje zatem u nich typowy syndrom kontestowania takich postaw, ale w sposób mało konstruktywny – nie dając żadnej alternatywy. Skoro coś jest więc niefajne, to lepiej by znikło, niż postarać się coś zmienić lub przekształcić. Przybiera to o tyle na sile, że stanowi już drugi front w modzie obchodzenia uroczystości.

Kolejnym sposobem celebracji świąt jest przeżywanie je żołądkiem. Okoliczność wszak na wskroś radosna jest dostatecznym usprawiedliwieniem braku hamulców w objadaniu się wszystkim co do jedzenia się nadaje. Prowadzi to w rezultacie do niepomiernego wzdychania z ulgą „jak dobrze, że te męczące święta się skończyły, ile można wciąż jeść, co stanowi przecież zagrożenie dla mojej figury”.

Zamiast zadać sobie trud poznania całokształtu podłoża kulturowego danego wydarzenia, wpada się w małostkową pułapkę braku refleksji. Nie ma konieczności, by popadać w nadgorliwość poznawczą, gdyż każda forma poglądu krańcowego jest mało przydatna. Ma to zastosowanie także względem braku jakiejkolwiek aktywności poznania.
Wiadomo, że od zawsze szukano symboli, które były by prostym ucieleśnieniem pewnego schematu tak, by usystematyzować w małych główkach ten trudny świat. Dziś jednak dochodzi się do skrajnego minimalizmu, czego efektem jest upraszczanie uproszczeń i tworzenie symbolu symbolu, czego pochodną jest... zagubienie się w realiach i abstrakcyjne podejście (nie mylić z żadną awangardą historii sztuki), pozbawione głębi. Tym samym skupiając się na towarzyszącym świętom blichtrze tak naprawdę nie wiadomo co sie obchodzi.

Ot, dla przykładu.

Zapytany: jakiego święta symbolem jest indyk?, każdy odpowie, że Święta Dziękczynienia.Zapytany raz kolejny: dziękczynienia, ale za co?, jakoś już nikt się nie kwapi by powiedzieć, że dziękowano za obfite plony, a samo święto miało wydźwięk zwykłych wiejskich dożynków, manierycznie przywiezionych z Europy. Objadanie się indykiem i dynią, sprawia, że jakby człowiek tylko w ten sposób potrafił wyrazić swój wkład w radość z okazji.

Świętuj święta głębią myśli,
Niech se każdy to przemyśli.

23:41, swiety_niepojety
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 listopada 2009
Orędzie do Narodu z okazji jedenastego listopada.

 

Obywatelu Czytelniku i Obywatelko Czytelniczko,

jedenasty listopada to w polskiej tradycji jedna z ważniejszych okoliczności świątecznych (zaraz po dniu piwa i kiszonej kapusty z boczkiem).
W tym dniu, a kilkadziesiąt lat temu nasi przodkowie wyzwolili się
(dzięki dużej nieudolności wszystkich państw wokół i jak zwykle dzięki przychylności chwili szczęścia), z wielką determinacją  spod okrutnej okupacji sąsiedzkiej. Owoc wiekowego starania mężów stanu o powrócenie do nieskrępowanej państwowości, który jako idea przyświecająca bez mała całemu Narodowi, stał się niezaprzeczalnym faktem.
(Z tym jedenastym to było tak, że żadnego spektakularnego wyzwolenia nie było, tylko po prostu jeden Wąsaty - i nie był to Wałęsa – wstąpił na „tron” władzy i ot symbol wyzwolenia.)
Pomimo, że sam okres odzyskiwania i cementowania niepodległości rozciągnięty był na lata, nie można zapomnieć o ogromnym wkładzie aktywnych obywateli w tworzenie ośrodków władzy centralnej, dla których nie istniało dobro własne, tylko dobro odrodzonego państwa.
(W każdym mieście jak grzyby po deszczu tworzyły się bandy pazernych na władzę ludzi, włącznie z Republiką Tarnobrzeską. Ludzi z ambicjami, by mieć własne państwo, nawet malutkie i zacząć swe panowanie. Zawirowania historii są najlepszą okazją, by móc sporo zarobić i zyskać intratną posadę.)
Podobnież elity polityczne sprawowały należytą pieczę nad rozwojem Rzeczypospolitej i nad jednoczeniem, również mentalnym, i niwelowaniem różnic ludności wszech dzielnic.

(Wąsaty należycie i dosadnie obrażał wszystkich i wszystko, Jędrek co prawda nieudolnie, ale reformował jakieś bzdury, a Pan „Sławojka” – zwany przez Wąsatego „Tępotą Umysłową” zamiast dbać o interesy Warszawy wolał inwestować krocie w porcelanowe muszle klozetowe szaletów publicznych.)
Dlatego też z właściwym sobie szacunkiem należy upamiętnić i uczcić ogół dokonanych starań i wyrzeczeń jakie podjęto w celu budowania dobra wspólnego i niepodległej Republiki.

Stając do apelu wszyscy społem oddajmy hołd aktywistom wolnościowym!

(Zastanawiający jest fakt, skąd bierze się maniera społeczna, by święto niepodległości obchodzić z przeświadczeniem historycznego tragizmu graniczącego z fatum, nadmiernie przerysowanego patosu i cierpienia. Pomimo iż wolność z walką się wiązała, to istotnym jej elementem były jednak zabiegi polityczne. Nawet państwa zaborcze oferowały w zamian za pomoc w wojnie budowę niepodległego Państwa Polskiego. Skąd więc przekonanie o martyrologii narodowej, jeśli dominantą był sukces dyplomatyczny?)

 

 


W geście radosnego święta toast wznoszę. A smucić się będziem, przy smutnej okazji!

19:57, swiety_niepojety
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3